Damian Leszczyński

Joseph Kabris. Podróżnik między światami

Joseph Kabris, graifka z pierwszej polowy XIX wieku

   

   

Trudne jest życie dziwoląga. W  Paryżu początków XIX stulecia miało to dobre i złe strony. Ludzkim monstrom trudno zazwyczaj było znaleźć normalną pracę, a ich budzący lęk bądź odrazę wygląd sprawiał, że zwykły spacer ulicami miasta stawał się wyzwaniem. Jednocześnie właśnie dzięki szokującej powierzchowności dziwolągi znajdowały pracę, która nie wymagała ani kwalifikacji, ani wysiłku: po prostu pozwalały za kilka franków gapić się gawiedzi, napędzanej przez sensacyjne plakaty reklamujące gabinety osobliwości, cyrki i tym podobne panoptica. W jednym z takich miejsc, noszącym nazwę „Cabinet des Illusions, Cour des Fontaines, près le Palais Royal”, żądni wrażeń mogli oglądać wytatuowanego od stóp do głów osobnika, przedstawiającego się jako król Nuku Hivy, zamieszkanej przez ludożerców wyspy Mórz Południowych. Przemawiając w obcym narzeczu, odgrywając sceny walki i modłów prosił życzliwe dusze o kilka franków wsparcia, aby mógł wrócić na daleką wyspę, gdzie czekała nań z utęsknieniem tubylcza żona i dzieci. Zebrał już sporą kwotę, krążąc po jarmarkach północnej Francji, jednak jego nadwątlone zdrowie nie podołało jesiennej aurze i wytatuowany dziwoląg zmarł w dzień swoich czterdziestych drugich urodzin w szpitalu w miasteczku Valenciennes, dwieście kilometrów od Paryża.

Kim był ten nieszczęśnik, którego losami interesowały się koronowane głowy Europy, król Francji i car Rosji, o którym rozprawiały na salonach damy i którego osobie poświęcono miejsce zarówno szacownym słowniku Larousse’a, jak też w prekursorskiej rozprawie doktora Berchona o tatuażach? Choć przesadzał nazywając się królem Nuku Hivy – był zaledwie zięciem jednego z ważnych wodzów tej wyspy – to reszta opowiadanej przezeń historii była prawdziwa, prawdziwe były też motywy skłaniające go do parania się cyrkowym zajęciem: wytatuowany dziwoląg faktycznie pragnął powrócić do rodziny, którą pozostawił na południowym Pacyfiku. Jak zapewniał, przeżył tam szczęśliwie kilka lat, ani myśląc wracać do Europy, aż pewnego dnia zdradziecki kapitan rosyjskiego okrętu porwał go i porzucił na Kamczatce, gdzie zaczęła się jego pełna przygód odyseja. Aby zgromadzić środki na podróż na drugi koniec świata spisywał w prostym języku swoje wspomnienia, sprzedając je w całej Francji, krążąc po jarmarkach i prezentując dzikie tańce oszołomionej gawiedzi.

Ten człowiek, który w ciągu czterdziestu lat przeżył kilka żywotów, krążąc między odrębnymi światami, będąc kolejno piratem, wielorybnikiem, dzikim wojownikiem, nauczycielem pływania, salonową rozrywką i cyrkowcem, nazywał się Joseph Kabris. Prawdopodobnie – gdyż po latach spędzonych w dziczy nie do końca pamiętał, jakie imię otrzymał na chrzcie, czasem mówiąc o sobie Cabry, Kabrit lub Jean-Baptiste Cadiche. Urodził się 23 września 1822 roku w Bordeaux, jednak jego biograf na próżno szukał w księgach parafialnych i rejestrach urzędowych jakiegokolwiek śladu po nim – natrafił jedynie na niejaką Agnés Cabris, zmarłą w 1802 roku, która mogła być jego matką albo siostrą – nie wiadomo.

Dzieciństwo i młodość Kabrisa przypada na lata niespotykanego dotąd we Francji chaosu. Choć urodził się jeszcze przed krwawą rewolucją, mógł więc, zgodnie z dewizą hrabiego Talleyranda, rozumieć czym jest bonheur dans la vie – szczęśliwe życie – jakobiński terror pozwolił mu szybko o tym zapomnieć. Jako czternastolatek ruszył na morze, chcąc uciec od bezprawia panującego na lądzie, ale pech chciał, że trafił na korsarki okręt „Dumouriez”. Dowodzona przez kapitana Renaulta jednostka na rozkaz republikańskiego rządu miała łupić hiszpańskie i angielskie statki, aby pozyskać środki na dalsze prowadzenie rewolty. U wybrzeży Bilbao trafiono na pierwszą ofiarę – hiszpański statek – który szybko został opanowany, jego dowódca zabity, a złoto przejęte. Francuzi nie mieli okazji jednak nacieszyć się łupami, gdyż chwilę później dopadła ich angielska flota. Korsarska załoga stawiała opór, ale bez powodzenia – tych, którzy przeżyli, załadowano na więzienne hulki i niemiłosiernie stłoczonych odstawiono do Portsmouth. Anglicy, wraz z francuskimi rojalistami, właśnie przygotowywali inwazję na Francję i Kabris został wcielony do sił, które 23 czerwca wylądowały na bretońskim półwyspie Quiberon. Jednak próba przywrócenia monarchii we Francji nie powiodła się: błędy w dowodzeniu, chaos i dezercje wśród wojsk rojalistycznych pozwoliły rewolucjonistom odeprzeć zagrożenie. Kabris, zanim zdążył uciec, został ranny i odstawiony z powrotem do Anglii.

Miał piętnaście lat, a za sobą doświadczenia dorosłego człowieka. Życie na lądzie, zwłaszcza w obcym kraju, nie oferowało zbyt wiele, więc znów zaciągnął się na statek. Był to „London”, statek wielorybniczy, który ruszał na nowo odkryte łowiska na południowym Pacyfiku. Wielorybnictwo było prężnie rozwijającą się dziedziną gospodarki, a popyt na olej do lamp naftowych, ambrę, fiszbiny i spermacet – wosk pozyskiwany z głowy kaszalota – stale rósł. „London” był wysłużoną i ciasną krypą – miał nie więcej niż dwadzieścia metrów długości, a załoga składała się zaledwie z piętnastu osób. Pokonawszy Atlantyk we wrześniu 1795 roku, zawinął do portu w Rio de Janeiro, a następnie pokonał trudną drogę na Pacyfik wokół Hornu. Ludzie chorowali i głodowali zanim pod koniec listopada ujrzeli brzegi Chile. To stąd mieli ruszyć na zachód w poszukiwaniu wielorybów.

Bitwa pod Quiberon, w której brał udział młody Joseph Kabris

Nie do końca wiadomo, co robił Kabris przez kolejne dwa lata. Prawdopodobnie spędził czas między łowiskami na południowym Pacyfiku a portami Peru i Chile, w których sprzedawano pozyskane z wielkich waleni produkty. W międzyczasie na pokład trafił niejaki Walker, angielski wielorybnik, który przeżył kilka lat na oceanie jako rozbitek i łowca fok. I to on zdaje się, roztaczając przed młodym Kabrisem wizje beztroskiego życia na rajskich wyspach, zdołał przekonać go do dezercji. Sam Kabris we wspomnieniach woli ukryć ten fakt pod malowniczą opowieścią o katastrofie morskiej, z której miał niezwykłe szczęście ocaleć wraz z Walkerem. Jednak „London” nie zatonął, a Anglik i Francuz nie byli rozbitkami. Korzystając z postoju u wybrzeży Tahuaty, niewielkiej wyspy południowych Markizów, po prostu uciekli. Nie wiadomo, jak długi czas spędzili na tej wyspie ani co tam robili, wkrótce jednak postanowili przenieść się na północ i w marcu 1798 roku dotarli na Nuku Hivę.

Nuku Hiva była największą z grupy wysp, które dwieście lat wcześniej nazwane zostały przez hiszpańską ekspedycję Islas Marquesas de Mendoza (Wsypy Markiza Mendozy), na cześć wicekróla Peru.  Hiszpańskie statki, pod dowództwem Alvara de Mendañi i Pedra Fernandeza de Quirósa, natrafiły na nie przypadkiem, zmierzając na zachodni Pacyfik, ku Wyspom Salomona. Z sześciu dużych wysp składających się na archipelag odkryto wówczas trzy południowe – Fatu Hivę, Tahuatę i Hiva Oę. Ten pierwszy kontakt Europejczyków z Polinezyjczykami przebiegł burzliwie i skończył się śmiercią co najmniej kilkudziesięciu wyspiarzy, którzy mieli okazję zapoznać się nie tylko z religią monoteistyczną, ale również bronią palną. Potem jednak na długo o wyspach zapomniano i dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, myszkujący po archiwach okupowanej przez Anglików Manili Alexander Darlymple wydobył na światło dzienne mapy i dzienniki hiszpańskich wypraw na Pacyfik. Choć sam nie stanął na czele zaplanowanej przez siebie wyprawy w poszukiwaniu Terra Australis, Południowego Kontynentu, jego następca, James Cook, miał wystarczająco dobre informacje, aby odnaleźć zapomniany archipelag. Dotarł tam w czasie swojej drugiej wyprawy w 1774 roku i spędził niemal miesiąc, tworząc mapy, na które naniósł wszystkie wyspy tej grupy, w tym również nieznaną dotąd Nuku Hivę. Kiedy Cook odpłynął, na wyspach na dwie dekady znów zapanował spokój aż do 1791 roku, kiedy nagle zaczęto na wyścigi obejmować je w posiadanie: w 1791 roku północną grupę zajął Amerykanin Joseph Ingraham, nadając im miano Wysp Washingtona, a niedługo później Francuz Etienne Marchand przejął je jako Wyspy Rewolucji.

Kiedy Kabris z Walkerem chyłkiem przemykali się na Nuku Hivę, wyspiarze mieli już okazję, dzięki regularnym wizytom statków wielorybniczych, dość dobrze zapoznać się z białymi ludźmi i ich zwyczajami. Obserwowali ich z zaciekawieniem, korzystając czasem z ich sprzętów oraz umiejętności, ale ani myśleli zmieniać swój styl życia, którego istotą były wojny, kończące się często pożeraniem martwych wrogów. Nuku Hiva, mroczny raj południowego Pacyfiku, podzielona była na pięć wojujących ze sobą wodzostw: Teiʻi i Hapaʻa na południu, Taioa na zachodzie, Taipi na wschodzie oraz Atitoka na północy. Te najważniejsze wodzostwa, z których każde liczyło od sześciu do dwunastu plemion, zamieszkiwały głębokie doliny, oddzielone od siebie masywami stromych i niezwykle wysokich, biorąc pod uwagę powierzchnię wyspy, gór. Choć Nuku Hiva mierzy zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów średnicy, wznoszący się w jej centrum szczyt Tekao liczy ponad dwa tysiące dwieście metrów. Wystarczy kilkadziesiąt minut wspinaczki, aby z tropikalnego klimatu malowniczych, pełnych hibiskusów, kwitnącego imbiru i krotonów dolin trafić na porośnięte sosnami zbocza, chłodzone niemal alpejskim, rześkim powiewem.

Najważniejszym z walczących wodzostw było Teiʻi, składające się z dziesięciu plemion, które zamieszkiwały okolice zatoki Taiohae na południu wyspy. Wielorybnicy bardzo szybko dostrzegli tą malowniczą zatokę, która tworzy naturalny port, dobrze osłonięty przed wiatrem i dość głęboki dla dalekomorskich statków. Tubylcy nie mieli nic przeciwko temu, aby prowadzić tu wymianę towarów, dzięki czemu ruszający na łowy marynarze mogli uzupełnić zapasy pożywienia, wody i drewna na opał, korzystając przy okazji z uroków miejscowych kobiet. Nad wszystkim czuwał najwyższy wódz Teiʻi, Kiatonui, szczycący się pochodzeniem z szacownego, arystokratycznego rodu, którego początki sięgały półtora tysiąca lat wstecz, aż do pierwszych polinezyjskich osadników na wyspie. Po koniec XVIII wieku, dzięki walkom i sprawnej dyplomacji Kiatonui zyskał pełnię władzy na południu Nuku Hivy, umiejętnie dzieląc się nią z licznymi braćmi i aranżując korzystne małżeństwa dla sióstr. Choć władał obszarem nie większym niż europejski folwark, był na nim władcą absolutnym – do niego należała ziemia i plony z niej, on rozdzielał dobra oraz grunty, on też pobiera podatki i mógł wzywać wojowników do udziału w bitwach z pozostałymi wodzostwami. W 1798 roku, kiedy Kabris i Walker doszli do wniosku, że dość mają trudów wielorybniczego życia, Kiatonui był u szczytu swojej potęgi.

Widok na zatokę Ha’atuatua, na wyspie Nuku Hiva, na której żył Joseph Kabris (fot. D. Leszczyński)

W swoich wspomnieniach Kabirs zapewnia, że ledwie uszedł z życiem z rąk ludożerców. Być może nieco przesadza – mieszkańcy Nuku Hivy nie mieli w zwyczaju zjadać byle czego, a zwłaszcza dwóch wychudzonych, wycieńczonych szkorbutem wielorybników. Kanibalizm zazwyczaj był częścią rytuałów wojennych i tylko w szczególnych wypadkach, w trakcie głodu, zdarzało się polowanie na przypadkowych ludzi czy nawet zjadanie członków rodziny – na przykład żon. Biali już od kilku lat handlowali już z tubylcami, a kilku z nich nawet zamieszkało na wyspach i nic nie wskazuje na to, aby musieli obawiać się tego, że staną się głównym daniem. Niemniej łatwo było tutaj o śmierć, zwłaszcza wówczas, gdy zostało naruszone jedno z licznych tabu obowiązujących na wyspie. Kabris jednak miał szczęście. Być może jego osobisty urok i odwaga sprawiły, że zyskał sympatię głównego wodza, Kiatonui, który włączył go do swojej rodziny i dał córkę za żonę. W ten sposób osiemnastoletni Francuz, który ostatnie lata spędził między Anglikami, w krótkim czasie stał się członkiem najważniejszego klanu Nuku Hivy.

Ta niezwykle szybka i łatwa asymilacja wciąż budzi zainteresowanie badaczy interesujących się losami Kabrisa oraz innymi naturalizowanymi na wyspach Pacyfiku białymi, takimi jak William Mariner z Tonga czy David Whippey z Fidżi. Na licznych archipelagach Oceanii w XIX wieku rozsianych było wielu dezerterów i rozbitków, jednak zazwyczaj wiedli oni żywot beachcombers, jak nazywano ludzi żyjących na obrzeżu wyspiarskiej społeczności. Byli to samotnicy, którzy zerwawszy więzy z zachodnią cywilizacją, nie zostali włączeni do rodzimej kultury, spędzali więc czas wałęsając się po plaży i służąc jako pośrednicy w kontaktach z krajowcami. Żyli na wyspach również misjonarze, oni jednak, choć często doskonale znali lokalne języki i zwyczaje, nie asymilowali się z założenia, lecz, przeciwnie, pragnęli wciągnąć tubylców w obręb swojego świata kształtowanego przez religię. Tylko nieliczni mieszkańcy Zachodu odrzucali kulturę, w której zostali wychowani i zaczynali żyć na modłę „dzikich”, zyskując ich akceptację – a takich, którzy doczekali się rangi wodza, było zaledwie kilku.

Kiedy Kabris przybył na Nuku Hivę na Markizach żyło już dwóch białych: metodysta  William Pascoe Crook z Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego oraz angielski wielorybnik Edward Robarts, który choć ożenił się z córką wodza, w zasadzie żył na obrzeżach tubylczej społeczności, niczym typowy beachcomber. Żaden z nich jednak nie pozbył się statusu cudzoziemca i obaj w końcu, raczej z zadowoleniem, opuścili archipelag – Crook rozczarowany trudami nawracania ludożerców, Robarts znużony monotonią życia. Zresztą ten ostatni, jako Anglik, nie znosił Francuza, czemu dał dowód w swoich dziennikach, atakując go zwłaszcza za to, że tak łatwo przyjął lokalne zwyczaje i nigdy nie podjął próby powrotu do cywilizacji. W wypadku Kabrisa mamy bowiem do czynienia z zupełnie inną postawą, niż prezentowali jego biali sąsiedzi: bardzo szybko przyswoił sobie język i zwyczaje tubylców i nigdy nie pragnął z własnej woli opuścić przybranej ojczyzny.

Kabris spędził na Nuku Hivie około sześciu lat. Poślubił córkę Kiatonui, a gdy ta nie dała mu potomstwa, otrzymał kolejną żonę, z którą miał kilkoro dzieci. Całe jego ciało pokryto wyrafinowanymi tatuażami, które wyróżniały klasę szlachecką, a jako najważniejszy sędzia swojego klanu otrzymał również wzory mehama  – słońce wytatuowane na powiekach wokół prawego oka. Walczył w wielu bitwach, w których wykazał się wielką odwagą, otrzymał spory kawałek ziemi z plantacjami chlebowców i kokosów, nauczył się też doskonale pływać, czym zadziwiał później mieszkańców Rosji i Francji, którym umiejętność ta była wówczas zupełnie obca. Kiedy w 1804 roku natknęła się na niego carska ekspedycja na Pacyfik pod dowództwem kapitana Adama Johanna von Krusensterna nie tylko zupełnie zapomniał ojczystą mowę, ale nawet nie pamiętał, jak się nazywa i skąd pochodzi. Dopiero po dłuższym namyśle zdołał odpowiedzieć na pytania oficerów osobliwą odmianą francuskiego z domieszką angielskich i markizjańskich słów, ale wciąż zachowywał się całkowicie jak tubylec, myśląc za pomocą lokalnych kategorii i wartości. Czy w pełni przyswoił sobie ów system, wraz z kanibalizmem – trudno powiedzieć. On sam zapewniał, że nigdy nie jadł ludzkiego mięsa, a zabitych wrogów wymieniał na świnie, ale być może po prostu nie chciał szokować białych przybyszów. Co z kolei, a zwłaszcza biorący udział w ekspedycji niemieccy naukowcy, tacy jak Georg von Langsdorff czy doktor Espenberg, byli niezmiernie zainteresowani tym oryginałem, dzięki któremu starali się wniknąć w fascynującą i zarazem budzącą grozę kulturę wysp.

Kabris był na Nuku Hivie szczęśliwy. Podkreślał to do śmierci. Miał wspaniała żonę, cudowne dzieci, pędził żywot arystokraty przerywany bardziej sportowymi niż morderczymi wojnami, spędzając czas w krainie wiecznego lata i urodzaju, błękitu nieba i morza, zieleni dżungli i brązowo-czerwonej ziemi. Za sobą zostawił Europę toczących się rewolucji, wojen i postępu, który z niespotykaną siłą niszczył wszystkie dawne relacje i wartości. Nie tęsknił za tym i nie widział żadnego powodu, aby opuszczać miejsce, w którym znalazł prawdziwy dom. A jednak został do tego zmuszony – i to stało się dlań największą tragedią, o której opowiadał do końca życia każdemu, kto tylko chciał słuchać.

[…]

Tubylcy z Markizów, grafiku wykonane podczas wizyty na wyspie ekspedycji Adama von Krusensterna, który na zawsze zmienił losy Josepha Kabrisa

Fragment wstępu do książki:

Joseph Kabris, Moje życie wśród ludożercówBiały wódz Nuku Hivy, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Erebus